<< Previous Entry | Next Entry >>
Info w rodzaju "no, chyba ktoś sobie (nie)poważne jaja robi": soulowa gwiazda brytyjskiego Tru Thoughts, panna przyjemnie skrzypiąca ALICE RUSSELL, dzisiaj o 21., jak gdyby nigdy nic, za free (!) otwiera ostatnią stację warszawskiego metra. Ciekawe, kiedy się o tej akcji miało głośniej zrobić?! (albo kiedy ja miałabym się zorientować, że wystąpi :) Tak czy szak, nius dziś usłyszany, dziś zrealizowany będzie. No, bo co, no... Będę na Młocinach! Jasne, że nie przegapię. Stawiam się na peronie, jak nic :)
NOSTALGIA 77 Ft. ALICE RUSSELL - 7 Nation Army (Seven Nation Army EP, 2004)
APDEJT, 27-10-08 No, to tak: głównie to festyniarsko było. Piwsko, smażona kiełbacha plus zbieranina przypadkowych ludzi, którzy przyszli porozpychać się przy Połomskim i Czerwonych Gitarach (yeep, takiego saporta miała Alis). W sumie rozumiem ideę rozbujania gawiedzi przy dźwiękach skocznych, głośnych i takich, które dobrze owa zna, co nie zmienia faktu, że poziom wkurwu skoczył mi grubą gulą, kiedy po 21., zamiast planowej Russell, na scenie pojawiły się Red Wiosła.
Wreszcie, koło 22., na scenę wlazła piątka dżentelmenów w białych kołnierzykach od obsługi instrumentarium (na czele z przecudnym rudowłosym i okularzastym TM JUKIEM, któremu wydało się ostatnio przefajne "Boto And The Second Liners"). Wlazła i ona - korpulentna, uśmiechnięta blondyneczka, z lokomotywą (sunącą po nasypie z kamyków) w głosie. I posprzątali po imprezce. Brawura, energia, uśmiech, funk, pozitiwne wibracje dżast. I cudny misiowaty MIKE SIMMONDS był, skocznie rzępolący, za chórek robiący, a właściwie drugi wokal (wzroku nie można było oderwać od jego zaczepek i gimnastyki na scenie z Alicją :) I obowiązkowe "Seven Nation Army", i dwukrotne bisowanie, i nastrojowy cover "Crazy" Gnarlsów na samą końcóweczkę - banana (jakiego może dawać obcowanie z prima sort soulem z Wysp na żywo) miałam na twarzy nonstop.
O jedno mam pretensję: że, o ja gupia dupa, zapomniałam fotoaparata, że zdjęć nie robiłam, że jakiegoś filmiku nie nakręciłam. Normalnie żal.pl, bo stojąc pod samą sceną, centralnie naprzeciw panny Russell, miałam ku temu wybitną sposobność. Bu.
Powinnam jeszcze ponarzekać na miejscówkę: dla formacji, która energią, repertuarem i ruchowymi wygłupami rozwala scenę i publisię, zajezdnia autobusowa nie jest środowiskiem naturalnym. Aż się prosiło o pub/klub/ograniczoną ścianami przestrzeń ze sceną wchodzącą na parkiet. Ale narzekać nie będą, bo darowanej (za darmo przez miacho) funkowej bestii, którą ktoś zaprosił na otwarcie metra przez zbieg okoliczności (albo niedopatrzenie, bo nie wierzę, że z rozmysłem :P) zaglądać w paszczę po prostu nie wypada :)
Faaaajnie było.
PS a dokładny przebieg Alicjowego grania, koncertowa tracklista plus bonus przez duże B dla gamoni, którym w sobotę nie dotarło się na Młociny, dostępne u Marcela.
Wreszcie, koło 22., na scenę wlazła piątka dżentelmenów w białych kołnierzykach od obsługi instrumentarium (na czele z przecudnym rudowłosym i okularzastym TM JUKIEM, któremu wydało się ostatnio przefajne "Boto And The Second Liners"). Wlazła i ona - korpulentna, uśmiechnięta blondyneczka, z lokomotywą (sunącą po nasypie z kamyków) w głosie. I posprzątali po imprezce. Brawura, energia, uśmiech, funk, pozitiwne wibracje dżast. I cudny misiowaty MIKE SIMMONDS był, skocznie rzępolący, za chórek robiący, a właściwie drugi wokal (wzroku nie można było oderwać od jego zaczepek i gimnastyki na scenie z Alicją :) I obowiązkowe "Seven Nation Army", i dwukrotne bisowanie, i nastrojowy cover "Crazy" Gnarlsów na samą końcóweczkę - banana (jakiego może dawać obcowanie z prima sort soulem z Wysp na żywo) miałam na twarzy nonstop.
O jedno mam pretensję: że, o ja gupia dupa, zapomniałam fotoaparata, że zdjęć nie robiłam, że jakiegoś filmiku nie nakręciłam. Normalnie żal.pl, bo stojąc pod samą sceną, centralnie naprzeciw panny Russell, miałam ku temu wybitną sposobność. Bu.
Powinnam jeszcze ponarzekać na miejscówkę: dla formacji, która energią, repertuarem i ruchowymi wygłupami rozwala scenę i publisię, zajezdnia autobusowa nie jest środowiskiem naturalnym. Aż się prosiło o pub/klub/ograniczoną ścianami przestrzeń ze sceną wchodzącą na parkiet. Ale narzekać nie będą, bo darowanej (za darmo przez miacho) funkowej bestii, którą ktoś zaprosił na otwarcie metra przez zbieg okoliczności (albo niedopatrzenie, bo nie wierzę, że z rozmysłem :P) zaglądać w paszczę po prostu nie wypada :)
Faaaajnie było.
PS a dokładny przebieg Alicjowego grania, koncertowa tracklista plus bonus przez duże B dla gamoni, którym w sobotę nie dotarło się na Młociny, dostępne u Marcela.


Comments
ce mła, Marceli, z zagubionym loginem z jurnala..
Ale z drugiej strony, przez to, że akcja "wyprawa na koncert Alicji" była robiona na lekkim spontanie, sam występ, nieoczekiwany i cudem z nieba spadnięty, jeszcze fajniejszym jawi mi się :)